Czasami zastanawiam się, na jaki rodzaj partii politycznej mógłbym oddać swój głos tak, aby po skreśleniu konkretnego nazwiska, nie czuć niedosytu, nie wspominając już o wybieraniu "mniejszego zła". O konkretach, przynajmniej w tej chwili, nie ma mowy - żadna partia nie przedstawia na tyle klarownego programu, aby wstrzelić się w moje poglądy w stopniu co najmniej dobrym. Rozmycie poglądowe jest wręcz plagą rodzimych organizacji politycznych, i to właśnie, między innymi w nim dopatruję się czynnika degeneracyjnego polskiej sceny politycznej.
Dzisiaj, patrząc z perspektywy młodego obywatela, zaczynam pojmować, czego - a raczej - kogo, brakuje na politycznej scenie. Technokratów. Organizacji skupiającej się na problemach typowo gospodarczych, zarzucając na jakiś czas wszelkie spory natury światopoglądowej, które, mimo swojej powagi, mogą poczekać na lepsze dla siebie czasy.
Polska przez wielu zachodnich ekspertów jest zaliczana do grupy czarnych koni, mogących znacząco "namieszać" na arenie międzynarodowej zwłaszcza w dziedzinie rozwoju gospodarczego, jednak nasi politycy, z każdej ze stron, zdają się tego nie zauważać, albo - co gorsza - uważają, że wszystko się samo ułoży i nie trzeba zbyt wiele robić, bo można więcej zaszkodzić, niż pomóc. Nie bójmy się więc nazwać takiej postawy zwykłym tchórzostwem, na którym praktycznie nikt nie zyskuje, a wszyscy tracą.
Czekam więc na jednostki na tyle odważne, aby mogły zająć się planem odbudowy systemu gospodarczego. Co chciałbym więc zobaczyć w programie wymarzonej partii? Poniżej krótka lista obowiązkowych rozwiązań:
Po pierwsze, liczę na gruntowną przebudowę prawa gospodarczego. Likwidację wielu niepotrzebnych przepisów, skrócenie okresu oczekiwania na wszelkie pozwolenia co najmniej o połowę. Chciałbym, aby wprowadzono system rozliczania urzędników z ich decyzji - dość bezkarności i wszechobecnej tolerancji wobec niekompetencji urzędniczej.
Po drugie, lepszego wsparcia dla rodzimych przedsiębiorców, którzy mają predyspozycje do podboju rynków europejskich i światowych, a co za tym idzie, na początku wyrównania salda handlu zagranicznego, a następnie, na przestrzeni kilku lat, konsekwentnego zwiększania stosunku eksportu do importu. Obecnie więcej pieniędzy z kraju odpływa, a wciąż stosunkowa niskie koszty pracy zostają marnowane lub w ogóle niewykorzystane.
Po trzecie, oczekuję zmniejszenia wewnętrznych wydatków państwa poprzez powszechną cyfryzację (głosowanie, załatwianie spraw urzędowych i wydawanie pozwoleń poprzez Internet) oraz konsolidację organizacji rządowych, jak chociażby zmniejszenie liczby ministerstw poprzez połączenie Ministerstwa Skarbu z Ministerstwem Finansów, likwidację Senatu oraz wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych. Połączenie ZUSu z KRUSem oraz uszczelnienie obu systemów. Obcięcie świadczeń dla długoletnich bezrobotnych połączone z bezpośrednią pomocą dla tych, którzy pracę stracili nie z własnej winy oraz powszechne zatrudnienie w czynie społecznym osób skazanych prawomocnymi wyrokami sądów. Wprowadzenia ewidencji bezrobotnych, zawierającej historię zatrudnienia oraz powody zwolnienia, która będzie podstawą do wypłacania świadczeń pomocowych.
Po czwarte - po realizacji punktu trzeciego - konsekwentnej polityki zmniejszania podatków ukierunkowanej na ideę podatku liniowego, który, według mnie, jest najlepszym przykładem sprawiedliwości społecznej, będącej w Rzeczpospolitej niestety tylko mitem. Konsekwentnego i długofalowego procesu obniżenia podstawowej stawki podatku VAT do najniższego możliwego poziomu, czyli 15%.
Po piąte, ograniczenie liczby niepotrzebnych studentów na wzór węgierski, gdzie tylko najlepsi i najzdolniejsi kształciliby się na koszt państwa, które to oceniałoby zapotrzebowanie rynkowe na dane specjalizacje, a także jednoczesne przywrócenie do życia szkolnictwa zawodowego i technicznego, mającego na celu kształcić specjalistów i fachowców.
Po szóste, realizacji polityki wspierającej rodziny wielodzietne (gdzie w Polsce za rodzinę wielodzietną uznaje się rodzinę o modelu 2+3 i więcej), dotującą określoną, dość wysoką sumą pieniężną inwestycję mieszkaniową, mającą na celu poprawienie warunków mieszkaniowych obywateli, w której skład wchodziłyby zakup domu, mieszkania lub rozbudowę obecnie zajmowanego lokum.
Zgadzacie się z powyższymi? Macie może jakieś inne rozwiązania? Zapraszam do dyskusji.
Polityczny blog młodego człowieka - pomysły, przemyślenia, konstruktywna krytyka.
czwartek, 27 grudnia 2012
wtorek, 11 grudnia 2012
Made in Poland, czyli jak kryzys pokonać.
Kryzys podobno znów dobija się do naszych drzwi, spowolnienie gospodarcze staje się coraz bardziej wyraźne, a bezrobocie rośnie - krótko mówiąc, robi się nieciekawie. Ale jest na to rada, stara jak Świat, tylko mało kto o niej pamięta.
Trzeba kupować. Jednakże w sposób przemyślany, który doprowadzi do poprawy sytuacji rodzimego przemysłu. Bo co, jak co, ale to produkcja jest na samym początku łańcucha gospodarczego. Aby "mieć", najpierw trzeba wytworzyć. Można iść na skróty i kupić gotowe, zagraniczne produkty, ale to działa destruktywnie w stosunku do całej gospodarki państwowej, negatywnie odbijając się na nas wszystkich. Mówiąc ogólnikowo, kapitał odpływa z kraju i pewnie prędko do niego nie wróci.
Dlatego tym razem idąc do sklepu - proszę Was - zajrzyjcie na opakowanie, czy dany produkt został wytworzony w naszym kraju. Dajcie pracę tym wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczyniają się do zwiększenia naszego PKB. Sprawcie, że w polskich fabrykach nie trzeba będzie dokonywać drastycznych cięć i redukcji zatrudnienia. Zamieńcie szampon Garniera na - swoją drogą, bardzo dobry jakościowo - szampon marki Ziaja. Przychylniejszym wzrokiem zwróćcie uwagę na produkty Zelmera podczas przedświątecznego zakupowego szału. Zastanówcie się, czy telewizor Sony jest o wiele lepszy od tych składanych pod Wrocławiem, marki LG?
Każda decyzja ma swoje konsekwencje, a takich drobnych wyborów dokonujemy codziennie dziesiątki. Przestawmy się na Made in Poland.
Trzeba kupować. Jednakże w sposób przemyślany, który doprowadzi do poprawy sytuacji rodzimego przemysłu. Bo co, jak co, ale to produkcja jest na samym początku łańcucha gospodarczego. Aby "mieć", najpierw trzeba wytworzyć. Można iść na skróty i kupić gotowe, zagraniczne produkty, ale to działa destruktywnie w stosunku do całej gospodarki państwowej, negatywnie odbijając się na nas wszystkich. Mówiąc ogólnikowo, kapitał odpływa z kraju i pewnie prędko do niego nie wróci.
Dlatego tym razem idąc do sklepu - proszę Was - zajrzyjcie na opakowanie, czy dany produkt został wytworzony w naszym kraju. Dajcie pracę tym wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczyniają się do zwiększenia naszego PKB. Sprawcie, że w polskich fabrykach nie trzeba będzie dokonywać drastycznych cięć i redukcji zatrudnienia. Zamieńcie szampon Garniera na - swoją drogą, bardzo dobry jakościowo - szampon marki Ziaja. Przychylniejszym wzrokiem zwróćcie uwagę na produkty Zelmera podczas przedświątecznego zakupowego szału. Zastanówcie się, czy telewizor Sony jest o wiele lepszy od tych składanych pod Wrocławiem, marki LG?
Każda decyzja ma swoje konsekwencje, a takich drobnych wyborów dokonujemy codziennie dziesiątki. Przestawmy się na Made in Poland.
środa, 12 września 2012
Katalonia suwerenem? Ciekawe, co teraz powie UE.
Secesja Katalonii byłaby niemałą niespodzianką dla eurokratycznych zwolenników ścisłej Federacji Europejskiej. Ledwo co ogłosili swoje, według mnie, niemożliwe do zrealizowania plany, a w należącej przecież do UE Hiszpanii może dojść do bezprecedensowego zdarzenia, jakim niewątpliwie byłoby oderwanie się Katalonii od hiszpańskiej korony. Pomijam już fakt, że ich śladami mogliby pójść również Baskowie, których to dotychczasowa autonomia była na dodatek o wiele szersza od tej katalońskiej.
O przebiegu półtoramilionowej demonstracji informuje dzisiejsza Gazeta Wyborcza w tym artykule: http://wyborcza.pl/1,75477,12473420,Katalonia_gotowa_odejsc_od_Hiszpanii.html dlatego też nie będę się zanadto rozpisywać odnośnie jej przebiegu.
Ciekaw jestem natomiast, czy Polska, oraz inne kraje Unii Europejskiej, również tak ochoczo przyjęłyby do wiadomości, że powstało nowe państwo, jak to miało miejsce kilka lat temu w przypadku serbskiego Kosowa? Wtedy byłem przeciwny "rozbiorowi" Serbii, ponieważ Kosowo było od zawsze integralną i historyczną częścią tego kraju. Cóż, jak się skończyło, każdy wie - Albańczycy kosowscy uzyskali niepodległość, przyjęli euro za swą walutę i zaczęli się rządzić w swym małym piekiełku.
Skoro jednak Kosowo mogło, to czy Katalonia też by mogła? Czy Serbia jest równa Hiszpanii? Jeżeli tak, to Katalonio, niepodległość jest blisko! Skoro raz się powiedziało "A", to trzeba też przecież powiedzieć "B", aby nie wyjść na skończonych hipokrytów, prawda?
Z tą "prawdą", to jednak, jak dobrze wiemy, różnie bywa. Ale śledzić wydarzenia w Hiszpanii warto, mimo wszystko. Będzie to bardzo dobry sprawdzian, mający na celu wykazanie, czy zjawisko "równych i równiejszych" na arenie międzynarodowej wciąż istnieje. Jeżeli tak - mamy się czego obawiać, bo Polsce, niestety, zawsze było jakoś bliżej do tych "równych", niż "równiejszych".
O przebiegu półtoramilionowej demonstracji informuje dzisiejsza Gazeta Wyborcza w tym artykule: http://wyborcza.pl/1,75477,12473420,Katalonia_gotowa_odejsc_od_Hiszpanii.html dlatego też nie będę się zanadto rozpisywać odnośnie jej przebiegu.
Ciekaw jestem natomiast, czy Polska, oraz inne kraje Unii Europejskiej, również tak ochoczo przyjęłyby do wiadomości, że powstało nowe państwo, jak to miało miejsce kilka lat temu w przypadku serbskiego Kosowa? Wtedy byłem przeciwny "rozbiorowi" Serbii, ponieważ Kosowo było od zawsze integralną i historyczną częścią tego kraju. Cóż, jak się skończyło, każdy wie - Albańczycy kosowscy uzyskali niepodległość, przyjęli euro za swą walutę i zaczęli się rządzić w swym małym piekiełku.
Skoro jednak Kosowo mogło, to czy Katalonia też by mogła? Czy Serbia jest równa Hiszpanii? Jeżeli tak, to Katalonio, niepodległość jest blisko! Skoro raz się powiedziało "A", to trzeba też przecież powiedzieć "B", aby nie wyjść na skończonych hipokrytów, prawda?
Z tą "prawdą", to jednak, jak dobrze wiemy, różnie bywa. Ale śledzić wydarzenia w Hiszpanii warto, mimo wszystko. Będzie to bardzo dobry sprawdzian, mający na celu wykazanie, czy zjawisko "równych i równiejszych" na arenie międzynarodowej wciąż istnieje. Jeżeli tak - mamy się czego obawiać, bo Polsce, niestety, zawsze było jakoś bliżej do tych "równych", niż "równiejszych".
piątek, 7 września 2012
Jednomandatowe Okręgi Wyborcze i Platforma (niegdyś)Obywatelska.
Świetna sprawa się ni stąd, ni zowąd wyklarowała - Paweł Kukiz podniósł larum, skrzyknął kilku ludzi i już dzisiaj w internetowym zbiorze poparcia dla Jednomandatowych Okręgów Wyborczych zbierze 30 tysięcy podpisów. W końcu zaczyn a się coś dziać!
Zgłosiłem się nawet do pomocy w zbieraniu podpisów realnych, ale trzeba czekać - organizatorzy liczą, ze z czasem akcja się bardziej rozprzestrzeni i z tego, co wiem, to chcą najpierw uzbierać przynajmniej 100 tysięcy podpisów wirtualnych. Spokojnie, poczekam cierpliwie.
Ale tak w ogóle - dlaczego tak wspieram ideę JOWów? Nie będę się jakoś specjalnie na ten temat rozpisywał (zainteresowanych zapraszam do linków poniżej), jednak zwrócę uwagę na jeden fakt - tylko JOWy pozwolą w jakimś stopniu skruszyć polityczny beton, który skutecznie hamuje rozwój cywilizacyjny III RP. Idea zakłada, że Polska zostanie podzielona na 460 okręgów wyborczych, w których startować będzie mógł każdy, kto uiści odpowiednią kaucję (zwracana w przypadku zwycięstwa w wyborach). Osoba, która zdobędzie najwięcej głosów w danym okręgu, dostaje się do sejmu niemalże z automatu - zwycięzca bierze więc wszystko. Tym samym znana i lubiana jedynka z listy wyborczej nie ma już wpływu na wynik wyborczy swoich popleczników, którzy zdobyli mniej głosów, przez co do Sejmu ograniczony zostanie napływ posłów będących tylko żołnierzami swego partyjnego lidera.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że JOWy nie są jakimś złotym środkiem, który w mgnieniu oka poprawi ogólną pracę polskiej sceny politycznej. Wiem jednak, że jest to pierwszy krok ku lepszemu, dlatego też zapraszam wszystkich do poparcia inicjatywy Pawła Kukiza na stronie http://www.zmieleni.pl/ oraz zachęcam do polubienia facebookowego profilu https://www.facebook.com/Zmieleni .
Co ciekawe, Platforma (niegdyś)Obywatelska miała w swoim programie z roku 2005 zapis o JOWach, zebrała nawet 750 tysięcy podpisów poparcia, jednak pomimo rządzenia już drugą kadencję, mając u boku Prezydenta Komorowskiego i miażdżącą przewagę w Senacie, o sprawie nawet nie piśnięto. Najwyraźniej obecna ordynacja wyborcza okazała się niesamowicie wygodnym systemem, tyle, że Platforma musiała się o tym po prostu przekonać. Dobrze, że ich wyborcy tak łatwo zdania nie zmieniają.
Zgłosiłem się nawet do pomocy w zbieraniu podpisów realnych, ale trzeba czekać - organizatorzy liczą, ze z czasem akcja się bardziej rozprzestrzeni i z tego, co wiem, to chcą najpierw uzbierać przynajmniej 100 tysięcy podpisów wirtualnych. Spokojnie, poczekam cierpliwie.
Ale tak w ogóle - dlaczego tak wspieram ideę JOWów? Nie będę się jakoś specjalnie na ten temat rozpisywał (zainteresowanych zapraszam do linków poniżej), jednak zwrócę uwagę na jeden fakt - tylko JOWy pozwolą w jakimś stopniu skruszyć polityczny beton, który skutecznie hamuje rozwój cywilizacyjny III RP. Idea zakłada, że Polska zostanie podzielona na 460 okręgów wyborczych, w których startować będzie mógł każdy, kto uiści odpowiednią kaucję (zwracana w przypadku zwycięstwa w wyborach). Osoba, która zdobędzie najwięcej głosów w danym okręgu, dostaje się do sejmu niemalże z automatu - zwycięzca bierze więc wszystko. Tym samym znana i lubiana jedynka z listy wyborczej nie ma już wpływu na wynik wyborczy swoich popleczników, którzy zdobyli mniej głosów, przez co do Sejmu ograniczony zostanie napływ posłów będących tylko żołnierzami swego partyjnego lidera.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że JOWy nie są jakimś złotym środkiem, który w mgnieniu oka poprawi ogólną pracę polskiej sceny politycznej. Wiem jednak, że jest to pierwszy krok ku lepszemu, dlatego też zapraszam wszystkich do poparcia inicjatywy Pawła Kukiza na stronie http://www.zmieleni.pl/ oraz zachęcam do polubienia facebookowego profilu https://www.facebook.com/Zmieleni .
Co ciekawe, Platforma (niegdyś)Obywatelska miała w swoim programie z roku 2005 zapis o JOWach, zebrała nawet 750 tysięcy podpisów poparcia, jednak pomimo rządzenia już drugą kadencję, mając u boku Prezydenta Komorowskiego i miażdżącą przewagę w Senacie, o sprawie nawet nie piśnięto. Najwyraźniej obecna ordynacja wyborcza okazała się niesamowicie wygodnym systemem, tyle, że Platforma musiała się o tym po prostu przekonać. Dobrze, że ich wyborcy tak łatwo zdania nie zmieniają.
wtorek, 28 sierpnia 2012
Religia w szkołach? Tak, ale...
Sprawa nauczania religii katolickiej w szkołach publicznych może i nie jest najważniejszym problemem do rozwiązania, jednak na progu nowego roku szkolnego zasługuje na chwilę uwagi. W sumie, to nawet nie będę się zanadto rozpisywał, tylko od razu przejdę do konkretów. Czy jest miejsce na religię w szkole? Według mnie, jak najbardziej, ale nie na takich zasadach, jakie dzisiaj obowiązują.
Po pierwsze, jest jej zbyt wiele - szkoły publiczne są zobowiązane do wyznaczenia w całym tygodniowym planie zajęć, aż dwóch godzin przeznaczonych na religię. To stanowczo za dużo, szczególnie gdy się spojrzy na inne przedmioty, takie jak chociażby drugi język obcy, który zazwyczaj znajduje się w planie tylko raz w tygodniu.
Po drugie, katecheci powinni być opłacani przez Kościół Katolicki i/lub rodziców dzieci, którzy swe pociechy na religię posyłają. Byłoby to najbardziej sprawiedliwe rozwiązanie, oszczędziłoby to nieco publicznych pieniędzy, płynących przecież od wszystkich podatników - zarówno tych wierzących, jak i niewierzących.
Po trzecie, religia powinna się odbywać na pierwszej, lub na ostatniej lekcji w danym dniu. Dzięki temu dzieci nie uczęszczające na te zajęcia, nie musiałyby marnować swojego czasu w szkole. Nie ma nic gorszego niż takie bezproduktywne "okienka" - w końcu ktoś się musi takimi dziećmi w tym czasie zająć, a dzieci i tak się będą niemiłosiernie nudziły.
Tymi oto sposobami doszlibyśmy do jasnego kompromisu, bez urządzania niepotrzebnych krucjat anty- i proreligijnych w szkołach - miejscach, które powinny być wolne od wszelkich sporów natury światopoglądowej.
Po pierwsze, jest jej zbyt wiele - szkoły publiczne są zobowiązane do wyznaczenia w całym tygodniowym planie zajęć, aż dwóch godzin przeznaczonych na religię. To stanowczo za dużo, szczególnie gdy się spojrzy na inne przedmioty, takie jak chociażby drugi język obcy, który zazwyczaj znajduje się w planie tylko raz w tygodniu.
Po drugie, katecheci powinni być opłacani przez Kościół Katolicki i/lub rodziców dzieci, którzy swe pociechy na religię posyłają. Byłoby to najbardziej sprawiedliwe rozwiązanie, oszczędziłoby to nieco publicznych pieniędzy, płynących przecież od wszystkich podatników - zarówno tych wierzących, jak i niewierzących.
Po trzecie, religia powinna się odbywać na pierwszej, lub na ostatniej lekcji w danym dniu. Dzięki temu dzieci nie uczęszczające na te zajęcia, nie musiałyby marnować swojego czasu w szkole. Nie ma nic gorszego niż takie bezproduktywne "okienka" - w końcu ktoś się musi takimi dziećmi w tym czasie zająć, a dzieci i tak się będą niemiłosiernie nudziły.
Tymi oto sposobami doszlibyśmy do jasnego kompromisu, bez urządzania niepotrzebnych krucjat anty- i proreligijnych w szkołach - miejscach, które powinny być wolne od wszelkich sporów natury światopoglądowej.
niedziela, 26 sierpnia 2012
Stany Zjednoczone Europy - niemożliwy sen Janusza Palikota.
Janusz Palikot już niejednokrotnie wspominał, że jest zwolennikiem utworzenia szerokiej federacji państw europejskich, swoistych Stanów Zjednoczonych Europy.Na przykładzie USA wylicza, jakie korzyści płynęłyby do Europy po tak dalece posuniętej integracji - obniżenie kosztów demokracji, ujednolicenie prawa i podatków, wzmocnienie jednolitej gospodarki europejskiej...
Niby wszystko ciekawie wygląda na papierze, jednak Pan Palikot zapomina o jednym i najważniejszym - Europejczycy nigdy nie byli i nie będą Amerykanami. My mieszkamy w Europie od tysiącleci, mamy swoją tradycje, swe obyczaje i przywary. Mówimy innymi językami, często różni nas pogląd na wspólną historię. W końcu - wszyscy mamy sprzeczne interesy. Każdy Polak (jak i inny Europejczyk) chciałby, aby to w jego kraju było najlepiej. Aby statki budowane były w naszych stoczniach, samochody w naszych fabrykach, każdy jadł nasze wyroby spożywcze.
Amerykanie są dumni ze wszystkiego, co amerykańskie. Amerykanin z Utah to Amerykanin równy Amerykaninowi z Nowego Jorku, Waszyngtonu, Chicago... To jest jeden - co prawda sztucznie utworzony, ale silnie ze sobą związany - naród, który "trzyma się razem". W Europie tego nigdy nie osiągniemy, a już na pewno nie w cięższych, kryzysowych czasach. Dlatego, Panie Palikot, nie tędy droga - Europa nie jest na tak głęboką integrację gotowa. I prawdopodobnie nigdy nie będzie.
sobota, 25 sierpnia 2012
Sondaż wyborczy, czyli Platforma wciąż wysoko mierzyć może.
Jak czytamy na portalu NaTemat.pl:
Gdyby kazano nam już teraz iść do urn, Platforma Obywatelska wygrałaby wybory parlamentarne. Tak wynika z najnowszego sondażu CBOS. Wynik PO to 36 proc. PiS zostało w tyle z 22 procentami poparcia. Do Sejmu weszłyby też SLD (8 proc.), PSL (6 proc.) oraz Ruch Palikota (5 proc.). Poza progiem wyborczym bez zmian pozostają Solidarna Polska, Nowa Prawica Janusza Korwina-Mikkego oraz Polska Jest Najważniejsza z zaledwie jednoprocentowym poparciem.
Platforma Obywatelska wciąż trzyma się nad wyraz mocno, co dla wielu może być niemałym zaskoczeniem - w końcu kurz dobrze jeszcze nie opadł po aferze taśmowej, a co dopiero mówić o całkiem świeżej sprawie Amber Gold.
Nie mam pojęcia, czyja to zasługa, ale gdybym miał strzelać, postawiłbym na niesamowicie medialnego i "ciągnącego" ten cyrk na kółkach premiera Donalda Tuska. Dla PO to naprawdę złoty człowiek i nie wyobrażam sobie, jak potoczy się przyszłość tego ugrupowania, gdy premiera w końcu zabraknie.
Ale w sumie - ja nie o tym chciałem pisać. Zastanawiam się, co takiego jeszcze PO może zaoferować swoim wyborcom, skoro to, co mieli i mogli zrobić, już zrobili, a czego naobiecywali, ale zrobić nigdy nie mogli - i tak już nie zrobią. Niestety, ale polityczny beton zastygł już na tyle, że nie mogą się swobodnie poruszać. Trochę szkoda, bo w Polsce jest jeszcze ogrom spraw do rozwiązania, niestety dla polityków bardzo niewygodnych.
Skoro jednak PO już się dopaliła, zabetonowała i nie zaoferuje niczego nowego, to na kogo w przyszłych wyborach oddać swój głos, aby nie mieć potem wrażenia "pustogłosia"? Na Ruch Poparcia Palikota? Niestety, ale Palikot sam pod sobą dołki kopie - zamiast zajmować się sprawami naprawdę ważnymi dla społeczeństwa, jak gospodarka kraju, woli szukać poklasku wśród mniejszości seksualnych. A przecież jest to temat drażliwy, na który społeczeństwo polskie jeszcze nie jest gotowe. Czy nie lepiej zając się sprawami, które łączą, a nie dzielą?
Całe szczęście do wyborów jeszcze dużo czasu (no dobrze, nie jest to takie znów pewne) i nie muszę wybierać już dzisiaj. Byłby to naprawdę ciężki, okupiony poczuciem beznadziejności wybór. Mam nadzieję, że z biegiem kolejnych miesięcy sytuacja się nieco wyklaruję i któraś z grup politycznych pójdzie w dobrą stronę.
Słowem wstępu.
Dłuższy czas nosiłem się z zamiarem założenia swojego własnego bloga, na którym to bez skrępowania mógłbym dzielić się z innymi swoimi, wciąż młodocianymi, poglądami. Mam nadzieję, że goście zaglądający w moje wirtualne progi nie będą się nudzić, a i czasem dołożą również swoje trzy grosze do zawiązującej się dyskusji.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)